Amerykański ślub – dla wielu osób wydarzenie owiane legendą… Jakkolwiek go nie postrzegamy, wszyscy doskonale znamy scenki rodem z filmów i seriali. Nie da się ukryć, że wiele panien młodych (choć nie tylko one ;)) zastanawiając się nad wyglądem swojego ślubu, przeszukuje Internet i przede wszystkim strony z pięknymi, czasem spektakularnymi amerykańskimi ślubami.
Całkiem niedawno mogłam uczestniczyć w takim ślubie osobiście. I mimo, że zostałam zaproszona na niego prywatnie, trudno mi było oprzeć się zawodowym obserwacjom i wnioskom…
Nie mogę twierdzić, że ślub, w którym uczestniczyłam był w 100% amerykańskim ślubem – Magda: panna młoda z korzeniami polskimi, Adrian – pan młody: Serb z pochodzenia. Ale właściwie mam wrażenie, że w USA każdy jest ‘skądś’…
Ale zacznijmy od początku, czyli od… pierścionka zaręczynowego. Być może to już moje przywiązanie do szczegółów spowodowało, że zwróciłam na niego taką uwagę, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam ( a może uwielbienie błyskotek?). Amerykańskie pierścionki zaręczynowe to przede wszystkim pierścionki duże, przyciągające uwagę. To, co podoba mi się najbardziej, to możliwość dobrania do nich idealnej obrączki. W 90% przypadków Amerykanki wybierają obrączki, które są „uzupełnieniem” pierścionka zaręczynowego i tworzą z nim jedność.

Dzień ślubu… 20 listopada niedaleko Nowego Jorku… Można było się spodziewać niskich temperatur, nawet śniegu, ale ku radości wszystkich termometr wskazywał 18 stopni, a za oknem świeciło piękne słońce.
W domu panny młodej od rana panowało lekkie szaleństwo. Przy 6 druhnach (przy ich makijażach oraz fryzurach) trudno o spokój ;). W zgodzie z amerykańską tradycją, wszystkie druhny miały takie same sukienki (podobno wybierane aż 6 godzin) w kolorze przewodnim, czyli bordo. Ten kolor przewijał się też przez resztę dnia.
Pierwsza rzecz tego dnia, która mnie zadziwiła? Praca fotografa i operatora filmowego, która wygląda kompletnie inaczej niż ta, którą znam ze swojej pracy. W sumie jest to dla mnie nadal szokujące. Usługi foto-video w stosunku do polskich realiów są bardzo drogie, więc oczekiwałam super reporterskiego zacięcia, a tu ku mojemu zaskoczeniu zdjęcia w większości są pozowane. I nie chodzi tu o subtelne uwagi fotografa, sugerujące drobne pozy czy gesty. Jestem oczywiście w stanie zrozumieć zdjęcia rodzinne lub z druhnami i drużbami. Jednak podczas przygotowań, ubierania się czy wychodzenia z domu, co chwilę pojawiała się informacja-komenda „ stań tu”, „pochyl się tak”, „spójrz tam”. Fakt – być może w Polsce też ciągle są tacy fotografowie, jednak jestem przyzwyczajona do „ukrytej”, subtelnej pracy fotografa i operatora video. W tym przypadku była ona, z mojego punktu widzenia, dokuczliwa. Ponadto dowiedziałam się, że to co widziałam nie było, aż tak skrajne – bywa zdecydowanie „gorzej”… Jednak jest to gorzej tylko w moim odczuciu! Zapewniono mnie, że jest to normalne i nie przeszkadza tak bardzo, jak mi się wydawało. Mimo wszystko jestem pewna, że nie wszyscy fotografowie w USA pracują w ten sposób.
Po zakończonych przygotowaniach i pierwszych sesjach rodzinnych wyruszyliśmy do kościoła. I tu pojawił się „party bus” – element bardzo popularny na nowoczesnych weselach. Kiedy poprzedniego dnia dowiedziałam się, czym pojedziemy do kościoła, pomyślałam o autobusie z muzyką i alkoholem, ewentualnie odnowionym w ciekawy sposób. Tymczasem był to autobus rodem z klipu Madonny ;), gdzie po bokach znajdowały się skórzane kanapy, co pewien czas barki alkoholowe i ekrany LCD. Myślę, że to tylko kwestia czasu, a podobne pojawią się w Polsce. Kilka lat temu imprezowy Hummer był w Polsce abstrakcją… Kolorowe oświetlenie i płynąca ze wszystkich głośników głośna muzyka zdecydowanie zachęcała już do przyszłej zabawy… mimo, że byliśmy jeszcze przed ceremonią ;)

Gdy dojechaliśmy do kościoła, Adrian razem ze swoim głównym drużbą znajdował się już przy ołtarzu, oczekiwał na Magdę. W orszaku ślubnym wchodzili kolejno: rodzice, dziadkowie, następnie 5 par druhen i drużbów, główna druhna i na koniec – najbardziej oczekiwana Panna Młoda, prowadzona przez tatę. Miło było patrzeć na te emocje w oczach Adriana, gdy Magda zbliżała się do ołtarza. Msza święta przebiegała w zbliżonej formie do spotykanej u nas, ale bardziej angażowała rodzinę. Świadkowie czytali czytania, rodzice nieśli dary – te elementy tworzyły rodzinny i prywatny charakter ceremonii. Zwyczaj bardzo zakorzeniony, którego w Polsce często brakuje, to bicie braw Nowożeńcom tuż po ogłoszeniu, że są już Mężem i Żoną. W Polsce często możemy zauważyć, że goście po prostu krępują się to robić. Na szczęście jest wielu księży, którzy wręcz zachęcają do owacji w tym pięknym momencie.
Po przysiędze każdy z małżonków zapala własną święcę, którymi potem rozpalają płomień jednej, dużej świecy. Moment symbolizuje, że od teraz są jednością.
Wiedziałam, że zaproszono ponad 200 gości. Podczas ceremonii zastanawiałam się, gdzie się wszyscy podziewają… Kolejna różnica – to, co w Polsce jest oczywiste, niekoniecznie takim jest także w USA. Okazało się, że w na ślubach amerykańskich, nie ma zwyczaju przychodzenia na ślub bez względu na wszystko – osoby, które są niewierzące, albo mają w tym czasie inne plany, po prostu nie przychodzą na ceremonię (pojawiają się jednak na przyjęciu).
Po wyjściu z kościoła i skończonych życzeniach, Parę Młodą czekała kolejna sesja z rodzicami oraz druhnami i drużbami.

Zdjęcia: Paulina Sztenkiel
Czy macie własne doświadczenia z typowymi amerykańskimi weselami? Podzielcie się z nami swoimi obserwacjami i wnioskami.














We deifitnely need more smart people like you around.
Dodaj komentarz